Gdzieś na dalekim oceanie, nieopodal bezludnej
wyspy rozbił się statek. Przeżyła tylko jedna osoba. Był to młody, silny
chłopak. Uratował się, gdyż dojrzał wyspę i miał dużo sił żeby do niej
dopłynąć. Na wyspie postanowił zaczekać na ratunek. Na początku był w ogóle
szczęśliwy, że żyje. Mijały jednak dni, a pomoc nie przychodziła. Częściowo
pogodził się z losem, że będzie musiał tu żyć i zaczekać na ratunek. Z
rozbitego statku, co tylko można wyłowił i przystosował do nowych potrzeb.
Zbudował nawet własny, solidny dom. Każdego dnia miał nadzieję, że zobaczy na
horyzoncie statek. Każdego dnia modlił się do Boga, żeby dał mu siły i zesłał
mu pomoc. Dni mijały, jeden za drugim. Mijały tygodnie. Nadzieja była jednak
żywa w młodym człowieku. Pewnego razu, gdy powracał wieczorem z polowania
zauważył wielki słup ognia. Gdy zbliżył się nie było już co ratować. Spłonęło
praktycznie wszystko, dom i inne zabudowania.
Wielka rozpacz Go dopadła. Był bardzo zły na los i
na Boga. Przecież ufał jemu. Żarliwie modlił się każdego dnia, a Ten ogołocił
go ze wszystkiego. Odebrał wszelką nadzieję. Łzy spływały mu po policzkach.
Wydawało się, że życie nie ma już sensu. Wyczerpany, usnął na piasku nieopodal
pogorzeliska.
Następnego ranka gdy obudził się, nie mógł
uwierzyć własnym oczom. W kierunku wyspy płynęła łódź na pomoc.
- Tyle na was czekałem. Jak mnie w końcu
odnaleźliście? Zapytał mężczyzna. Wczoraj dawałeś nam znaki, widoczne z oddali
wielkie kłęby dymu. Zdaliśmy wówczas sprawę, że jeszcze tu nie szukaliśmy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz